KOMU HAKUJEMY MIASTO?

SAMSUNG DIGITAL CAMERA
Fot. Maciej Frąckowiak, Poznań, jesień 2007

Nierobienie niczego, blokowanie przepływów czy konstruowanie firewalli wydaje się dziś znacznie bardziej subwersywne niż hakowanie. Czasem tylko powstrzymanie się od zmian pozwala ocalić zróżnicowane style życia – rozumiane jako konkurujące uniwersalia. Prawo do miasta powinni mieć także ci, którzy nie czytali Lefebvre’a

Gdy myślimy o hakowaniu miasta, do głowy przychodzi kilka form działania na rzecz poprawy jego jakości i dostępności. Pierwotnie określano tak eksplorowanie niedostępnych przestrzeni – pokonywanie zabezpieczeń i wspinanie się na wieżowce, przemierzanie podziemnych tuneli i kanałów, wchodzenie do opuszczonych zabudowań fabrycznych [1]. Dzisiaj z hakowaniem przestrzeni łączy się również miejska partyzantka (nasadzenia bez pozwoleń, owłóczkowywanie drobnej infrastruktury) i taktyczna urbanistyka – kieszonkowe ogrody, wciskanie placów zabaw na niewielkie nieużytki, odzyskiwanie miejsc parkingowych pod mikrobary czy recycling drobnej infrastruktury poindustrialnej pod inicjatywy społeczne, a także różne formy dataaktywizmu walczącego z brakiem symetrii w dostępie do danych. Kojarzą się z nim również niektóre formy – na przykład nagich – protestów i działań w przestrzeni publicznej, a także pranks, czyli akcje polegające na prowokowaniu niecodziennych sytuacji mających zaskoczyć, przestraszyć lub „wrobić” przechodniów. Twórcy takich działań wychodzą z założenia, że miastu na co dzień czegoś brakuje – jest mało miejskie, bo pozostaje pozamykane, wyklucza określone grupy czy narracje, nie tworzy okazji do spotkań, nie sprzyja refleksji, dostarcza zbyt mało wrażeń, przestaje inspirować, ciekawić i pobudzać. Akcje tego typu są intensywnie dokumentowane wizualnie.

Zgodnie z komputerowym pierwowzorem hakowanie ma sens z uwagi na zabezpieczenia, które trzeba złamać, by ujawnić treści chronione przed osobami niepowołanymi. Warto zadać sobie pytanie o to, czy wymienione powyżej działania w przestrzeni miejskiej realizują to założenie, jeśli przyjąć, że zmieniły się warunki, w jakich się wydarzają. Coraz częściej mówi się przecież chociażby o mieście z otwartym kodem. Pomijając kwestie ideowe, uzasadnienie tej przemiany jest zwykle ekonomiczne – energia mieszkańców potrzebna jest miastu i jego podmiotom do trwania. Coraz częściej mamy więc do czynienia z sytuacją, w której właściwie nie ma czego hakować, ponieważ instytucje publiczne i komercyjne same sprzyjają rozmaitym aktom subwersji, celowo ich nie dostrzegając, a czasem nawet je dotując. Robią to wszystko, by przedłużyć swoją żywotność, by przekonywać o tym, że nadal mogą wzbudzać zainteresowanie i są podatne na zmiany, a także po to, by przerzucać część zobowiązań, inicjatywy oraz odpowiedzialności na chętne jednostki, zdolne do produkowania wartości za ułamek kosztów.

Hakowanie staje się jedną z najbardziej uprawomocnionych form uczestnictwa w kulturze. Ponieważ wpisuje się w narrację o mieście rozumianym jako szczególna forma doświadczenia, którą ostatnio chętnie wykorzystują miejskie festiwale oferujące ekscytujące formy eksperymentowania z przestrzenią. Podobnie jak inne formy oporu, chociażby alternatywna ekonomia, hakowanie dostarcza też kolejnych wzorów kulturowych, na bazie których można zbudować nowe oferty rynkowe i formuły ambient marketingu. Dobrym przykładem są kontrolowane przedpremierowe wycieki wydawnictw muzycznych czy filmowych albo działalność Ikei, która z pomocą prawników przechwyciła oddolnego bloga podpowiadającego, jak hakować jej produkty, a następnie uruchomiła sprzedaż produktów dedykowanych temu celowi. Łamanie zabezpieczeń jest też istotną częścią popkultury. Kojarzy się ze skandalem, a więc idealnie odpowiada regułom tworzenia, promowania i rozprzestrzeniania treści w jej ramach. Wystarczy wspomnieć Edwarda Snowdena czy kolejne wycieki nagich zdjęć celebrytów.

Nie chcę przez to powiedzieć, że działania łamiące reguły, wedle których zwyczajowo działa miejska przestrzeń nie mają sensu, że nic nie zmieniają. Niekiedy istotnie prowokują nawiązywanie nieoczywistych relacji między różnymi podmiotami i wymuszają tworzenie kolejnych patches – aktualizacji miejskiego systemu, zwiększających jego funkcjonalność, czasem z korzyścią dla użytkowników. Nie odmawiam ich inicjatorom szczerych intencji. Chcę raczej powtórzyć za innymi, że jedną z konsekwencji rozwoju zakresu oraz przepustowości globalnych sieci kapitałowych i informacyjnych, a także saturacji stosunków społecznych technologiami, jest rozmywanie się granic między partycypacją a konsumpcją [2], nakładanie się na siebie tych dwóch porządków aktywności. Chcąc na przykład poinformować większość swoich znajomych o akcji blokady eksmisji, korzystam z mediów społecznościowych, i tym samym sprawiam, że wartość ekonomiczna danego serwisu internetowego oraz portfele jego akcjonariuszy na innym kontynencie rosną, a żeby znaleźć kamienicę, w której odbywa się protest, wykorzystuję aplikację do geolokalizacji, produkując dane, które jej właściciel może odsprzedać firmom wykupującym powierzchnię reklamową.

Wspomniane przykłady pokazują, że mimowolnym rezultatem wielu oddolnych działań jest jakaś forma akumulacji kapitału poprzez uspołecznianie. W tym znaczeniu wszystko, co czyni przestrzeń miejską bardziej plastyczną, wyzwala ze zobowiązań, otwiera na kolejne wykorzystania albo tworzy miejski hype i vibe, trudno uznać za sprzeczne z podstawową logiką funkcjonowania porządku zbiorowego. Jego trwanie i rozwój w coraz większym stopniu opierają się na tak pojętym hakowaniu. Skuteczniej przeciw obecnym zasadom porządku występują raczej zatory w miejskich sieciach, a więc wszystko to, co tamuje ruch, uporczywie chce robić rzeczy „po staremu”, nie daje się otagować, upiera się, by być analogowe, nie nabija licznika wyświetleń, ogranicza wybór, unieruchamia [3]. Blokuje rozwój miasta pojętego jako kolosalny system RSS oparty na kilku węzłach redystrybuujących zasoby, upowszechniający wspólny standard krążenia treści, uwagi, ludzi czy środków finansowych.

Przykładem takiego zatoru może być niewidzialne miasto, które badaliśmy kilka lat tem[4]. Na fenomen ten składają się rozmaite formy spontanicznego przekształcania najbliższej okolicy tak, by lepiej odpowiadała pragnieniom, potrzebom czy wartościom wyznawanym przez mieszkańców. W tej kategorii mieszczą się kluby zakładane w podwórkach kamienic lub na niezagospodarowanych terenach zielonych, chałupniczo tworzone reklamy, upiększenia bram czy obiekty kultu, przyblokowe ogródki, miejsca zabawy aranżowane przez same dzieci, domki budowane dla zwierząt, samodzielnie wykonane przedmioty mające regulować życie wspólnoty: kartki, ostrzeżenia, blokady, i wiele innych dowodów na codzienną kreatywność i gotowość mieszkańców do brania spraw we własne ręce.

Przystępując do badań, zakładaliśmy, że podobne realizacje stanowią pomijany rezerwuar aktywności społecznej, są więc nakierowane na innych. Okazało się, że jest inaczej. Większość przykładów niewidzialnego miasta bazowała na zawłaszczaniu publicznych i półpublicznych peryferyjnych przestrzeni na użytek własny lub po to, by udostępnić je stosunkowo niewielkiej grupie sąsiedzkiej. Co więcej, przeważająca część realizacji miała powstrzymać zmiany zachodzące we współczesnym mieście i we wzorach życia, a nie je inicjować czy przyspieszać. Niewidzialne miasto jest też nad wyraz trwałe – większość ogródków, upiększeń czy miejsc spotkań istnieje od dłuższego czasu, bywają po drodze wielokrotnie rekonstruowane, pielęgnowane i przekazywane kolejnym opiekunom. Ponieważ podobne realizacje wymagają troski, dostarczają pretekstu do zachowań twórczych i towarzyskich. Kolejną ich cechą była zdolność do zakorzeniania autorów w bezpośrednim miejscu zamieszkania. Niewidzialne miasto nie tylko obniża więc stopień porowatości miejskiej przestrzeni, lecz także osłabia mobilność w jej obrębie.

W pewnym momencie byliśmy nawet tym wszystkim trochę rozczarowani. Okazało się, że niewidzialne miasto nie wpisuje się nie tylko w myślenie o mieście w kategoriach turystycznego oraz inwestycyjnego centrum, ale także w bliższe nam i bardziej aktualne utopie miasta otwartego, którego rozwój opierać się ma na projektowanym uspołecznianiu. Trwanie niewidzialnego miasta polega tymczasem na pochłanianiu energii, która nie promieniuje na zewnątrz, przynajmniej nie w sposób, który powiększałby zasoby systemowe. Co więcej, zjawisko to sprawia, że miasto staje się mniej przejrzyste, nie towarzyszy mu żaden spójny standard podpowiadający, jak się wobec niego zachować. Bywa też, że przejawy niewidzialnego miasta rozniecają lokalne konflikty. Czasem chodzi o miejsce – np. nowe nasadzenia umniejszają parking; innym razem o wspólnotowo ponoszone koszty – ogród podlewany wodą z piwnicy, za którą płacą wszyscy; albo o hierarchię wartości – bywa, że rodzicom małych dzieci nie podoba się budowa domków dla bezdomnych kotów lub gołębi czy ich dokarmianie.

Przyglądając się sprawie bliżej, dostrzegamy jednak, że niewidzialne miasto pełni niezwykle ważną rolę w życiu przynajmniej niektórych z jego twórców. Pozwala wygospodarować sobie miejsce, gdy trudno o nie gdzie indziej, manifestować przywiązanie do wartości sekowanych w głównym nurcie czy oswoić okolicę, na którą często jest się skazanym. Brak zaufania, niechęć wobec obcych czy chęć odseparowania się są w tych warunkach po prostu mechanizmami obronnymi, pozwalającymi wyrównywać szanse, walczyć z poczuciem wyobcowania. Taka jest cena niedopasowania, które wynika nie z woli angażowania się w praktyki nielegalne czy sprzeczne z obyczajem, ale z odrębności względem dominującej dziś perspektywy patrzenia na miasto.

Niewidzialne miasto wyrasta z kultury mającej niewiele wspólnego chociażby z nowym mieszczaństwem. Jest zakorzenione w zupełnie innej codzienności – jego autorzy w swoich praktykach nie fetyszyzują zmiany, nie poszukują wrażeń, nie chcą ogniskować na sobie zainteresowania, a także nie doświadczają miasta w kategoriach obrazu. Przejawy niewidzialnego miasta nie odpowiadają dominującym oczekiwaniom co do ładu estetycznego, bo też decyduje o nich raczej myślenie etyczne – budowanie z tego, co pod ręką, co zostało po innych działaniach. Tworzą je ludzie, dla których fotografowanie nie jest podstawową reakcją na świat, i którzy nawet w ten sposób nie dokładają się do globalnych systemów mobilizowania uwagi oraz wymieniania jej na zasoby.

Z pewnej perspektywy niewidzialne miasto hamuje miejski rozwój również dlatego, że nie produkuje uogólnionego zaufania, które niejako na kredyt przejawiamy wobec obcych, zakładając, że mają dobre intencje. Jego twórcom daleko do modelu usieciowionej jednostki z książek Lee Rainiego i Barry’ego Wellmana [5]. Mamy tu do czynienia z osobami w dalszym ciągu zdecydowanie mocniej zakorzenionymi w małych grupach niż w sieciach, dla których nowe media wcale nie stanowią nowego sąsiedztwa. Można wskazywać na jednostkowe koszty tej sytuacji – takim osobom trudniej dziś o awans społeczny czy skuteczne uporanie się z problemami bezrobocia lub ubóstwa. Obserwując jednak rozmaite działania na rzecz „otwierania” i „sieciowania” podobnych społeczności i przestrzeni, trudno oprzeć się wrażeniu, że dyktuje je coś więcej niż tylko współczucie.

Równie dobrze można przyjąć, że cały ten networking i rozproszone zaufanie próbuje się – czasem siłowo – upowszechniać, ponieważ wymagają tego nowe inicjatywy społeczne czy formy ekonomii, chociażby współdzielenia [6]. Wpisany w nie ideał odpowiada zatem wizji miasta, na której zyskuje przede wszystkim jedna kategoria aktorów. Niewidzialne miasto okupuje miejsca, które mogłyby się lepiej spłacać, produkować wartość możliwą do urynkowienia; zajmuje czas, wyobraźnię i energię  ludziom, którzy mogliby uczestniczyć w czymś innym, swoją obecnością uzasadniając słuszność dotowania niektórych projektów miejskich z pieniędzy publicznych, uprawomocnić roszczenia ruchów miejskich i inne akcje rzecznicze. Twórcy niewidzialnego miasta przydaliby się także jako beneficjenci nowych, modnych i często dotowanych inicjatyw w rodzaju kina plenerowego czy warsztatów z design thinking – mogliby wówczas świadczyć przeciwko oskarżeniom o ich klasowość itd.

Niewidzialne miasto jest zaledwie jednym z przykładów zatorów. Przywołać można też przejawy gospodarki niedoboru – skupy złomu, osoby myjące szyby na skrzyżowaniach, samochody-reklamy blokujące miejsca parkingowe lub pierwotne formy kapitalizmu – stoiska ze sznurowadłami, kwiatami albo owocami [7], ale także obszary potencjalnie atrakcyjne inwestycyjne, jak warszawskie domki fińskie, krakowski Zakrzówek czy tereny ogródków działkowych. Zatorami są również wszystkie te obszary, które z różnych powodów – przepisów przeciwpowodziowych albo skomplikowanej sytuacji prawnej – mają status nieużytków i dzięki temu udzielają miejsca praktykom, które nie mogłyby zachodzić nigdzie indziej. Przykładem mogą być niektóre tereny przy poznańskiej Warcie, położone nieopodal centrum, ale wykorzystywane w sposób „peryferyjny” przez wędkarzy oraz ludzi opalających się czy biwakujących na dziko – brak prawnej możliwości wyłożenia nadbrzeża kostką, podciągnięcia asfaltowej drogi, regulacji zieleni czy rozpisania konkursu na miejską plażę umożliwia zaistnienie rzadko spotykanej w mieście różnorodności. Rolę zatorów pełnią też praktyki pasożytujące na miejskiej infrastrukturze – zasiedlanie ogromnych, nielegalnych billboardów, podpinanie się do sieci energetycznych, ogrzewanie się przy wylotach klimatyzacyjnych i tym podobne [8].

Gdyby się dobrze zastanowić, uzbieralibyśmy pewnie całkiem długą listę podobnych działań – spory kawałek współczesnego miasta, które działa i wygląda inaczej niż chciałaby część z nas. I nie mam tu wcale na myśli urzędników czy najbogatszych mieszkańców, ale przede wszystkim miejską klasę średnią, myślącą o mieście za pomocą kategorii, wśród których była wychowana, utrudniających dostrzeganie w zatorach czegoś więcej niż biedy, braku komfortu, ewentualnie etnograficznego kuriozum [9]. Raz jeszcze daje tu o sobie znać „mentalność semiperyferyjna”, charakterystyczna dla miast oraz społeczności na dorobku, fetyszyzujących formy, ale już niekoniecznie normy obowiązujące w zachodnim rdzeniu, na którym chcą się wzorować [10]. Pasjonujemy się więc chodzeniem po podmiejskich kanałach i bronimy prawa do zielonej partyzantki, organizujemy hakatony, uspołeczniamy nadbrzeża, a jednocześnie marginalizujemy oddolne działania, które przeciwstawiają się niepokojącym procesom wpisanym w obecny społeczny system operacyjny lepiej niż wszystkie przejawy celowego hakowania razem wzięte [11].

Nierobienie niczego, blokowanie przepływów czy konstruowanie firewalli wydaje się dziś znacznie bardziej subwersywne niż hakowanie – bo taka strategia także wymaga przecież wysiłku i poświęceń. Czasem tylko powstrzymanie się od zmian i oponowanie pozwala ocalić zróżnicowane style życia – rozumiane jako konkurujące uniwersalia [12] – przed ich wchłonięciem przez dominujący model. Dostrzegając ten potencjał, trzeba się pogodzić z głębszą i bardziej wymagającą definicją miasta otwartego. Taką, która wykracza poza przeżycia oferowane w ramach miejskich festiwali czy projektów i obejmuje również troskę w obliczu takich zjawisk, które są dla nas kłopotliwe, sprzeczne z przyzwyczajeniami, trudne do zagospodarowania czy nawet zrozumienia, a także tolerancję wobec braku zaufania do obcych tam, gdzie jedynie taka reakcja pozwala zachować godność i poczucie bezpieczeństwa. Prawo do miasta powinni mieć także ci, którzy nie czytali Lefebvre’a.

* Niniejszy tekst jest rozwinięciem wystąpienia wygłoszonego podczas sympozjum „Hakowanie społecznego systemu operacyjnego“ (kurator: E. Bendyk), organizowanego w ramach Miasto przyszłości Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016 oraz WRO 2015. Tekst ukazał się na stronie Notesu Na 6 Tygodni.

[1] Zob. Np. B.L. Gerrett, Explore everything: Place-Hacking the City, London 2013.
[2] Odnoszę się tu do tytułu debaty zorganizowanej przez redakcję „Czasu Kultury” 3 czerwca 2015 roku: Czas kultury: konsumpcja czy partycypacja?
[3] M. Krajewski, M. Frąckowiak, Polityka impulsów i rzeczy, [w:] My i Oni. Przestrzenie wspólne i projektowanie dla wspólnoty, red. Bogna Świątkowska, Warszawa 2014.
[4] Zob. Niewidzialne miasto, red. Marek Krajewski, Warszawa 2012; Rafał Drozdowski i in., Narzędziownia. Jak badaliśmy (niewidzialne) miasto; baza zdjęć przejawów niewidzialnego miasta, dostępna pod adresem: http://www.niewidzialnemiasto.pl.
[5] Lee Rainie, Barry Wellman, Networked: The New Social Operating System, Cambridge 2012.
[6] Uwagę tę zawdzięczam osobom biorącym udział w dyskusji wokół napisanej z myślą o dzieciach książki Zaufanie autorstwa Anny Cieplak i Lidii Ostałowskiej; rozmowa odbyła się w poznańskim klubie Zemsta w maju tego roku, udział wzięły w niej m.in. Anna Cieplak, Dorota Grobelna oraz Natalia Mazur.
[7] Architektura cienia, red. Aleksandra Wasilkowska, Warszawa 2012.
[8] Pasożytowanie nie musi być rozumiane pejoratywnie; bliżej mi do koncepcji Michela Serresa – zwraca on uwagę na potencjał generowanego przez nie szumu, który zakłóca „normalny” przebieg zjawisk, tworząc dodatkową wartość. W przypadku przywołanych wyżej przykładów może nią być pełniejsze wyzyskanie energii, która inaczej by się wytraciła, lub częściowe odzyskanie symetrii – nielegalne billboardy na co dzień zawłaszczają uwagę mieszkańców, a tu same zostają przejęte, a ich właściciele nie mogą się odwołać do porządku prawnego, bo wcześniej sami go zignorowali; zob. tekst i film Bezdomni zasiedlili wielki billboard w Krakowie na stronie http://www.krakow.gazeta.pl.
[9] W toku badań nad niewidzialnym miastem okazało się, że najwięcej krytyki wzbudza ono wcale nie u władz czy urzędników, ale u samych mieszkańców; zob. Rafał Drozdowski, Maciej Frąckowiak, Jak mieszkaniec z ekspertem, [w:] Niewidzialne miasto, dz. cyt.
[10] Zbigniew Rykiel, Szaleństwo czy metoda? Modernizacja przez biurokratyzację i prekaryzację, „Przestrzeń społeczna” 2014, nr 2 (8), s. 34–35.
[11] Na ten sam mechanizm (koniec końców największy opór stawia to, co się z oporem, przede wszystkim estetycznie, nie kojarzy) w odniesieniu do innych praktyk wielokrotnie zwracał uwagę Marek Krajewski, zob. np. tegoż Dyskretna niezgoda. Opór i kultura materialna, „Kultura współczesna” 2010,nr 2; Przeciw inżynierii wizualnej. Ożywianie i uśmiercanie miasta, [w:] Sztuka – kapitał kulturowy polskich miast, red. Ewa Rewers i Agata Skórzyńska; Słabe obrazy / obrazy słabych [w druku].
[12] Style życia i porządek klasowy w Polsce, red. Maciej Gdula i Przemysław Sadura, Warszawa 2012.

Maciej Frąckowiak (ur. 1985) – socjolog zainteresowany formami aktywności i bezczynności społecznej w miastach, a także obrazem, który próbuje traktować jako narzędzie i pretekst do badań oraz zmiany relacji społecznych. Doktorant w Instytucie Socjologii UAM.

 

Zamieszczone w PL.